W informatorze Akcji Lato ta Longinada zapowiadana była jako wyjazd "dla początkujących". Jak się okazało, sporo osób faktycznie wyjeżdżało po raz pierwszy z Longinem, ale poza tym o żadnym "początkowaniu" nie było mowy. Jeździliśmy naprawdę dużo i zamiast zapowiadanych 800 km zrobiliśmy ostatecznie ... 1300. Ale zacznijmy od początku.
Wyjeżdżaliśmy z Warszawy w piątek 20 czerwca. W każdym razie - pierwsza część z nas, bo generalnie wyjazd był bardzo "zmiennoosobowy": parę osób dołączało później, ktoś wracał dzień wcześniej, a w połowie następowała w ogóle wymiana części składu. Pierwszy etap pokonywaliśmy autokarem do Wilna. Kierowca początkowo niezbyt chciał uwierzyć, że da się upchnąć w luku 7 rowerów i sakwy, ale Longin nie takich kompresji już dokonywał. Oczywiście należało pozdejmować przednie koła i odkręcić pedały, ale potem załadunek trwał już moment.
W Wilnie przesiadaliśmy się z autokaru w pociąg do Dyneburga (Daugavpils) na Łotwie i tam rozpoczynała się nasza rowerowa trasa. Pogoda od rana była dosyć niepewna, ale kiedy ruszaliśmy ze stacji, słońce jakoś nieśmiało przebłyskiwało wśród chmur. Niestety rychło okazało się, że była to tylko zmyłka. Ledwie przejechaliśmy do końca deptaka, zaczęło najpierw kropić, a potem coraz mocniej padać. Na chwilę zatrzymaliśmy się przy supermarkecie na zakupy, ale ponieważ pogoda nie rokowała poprawy, ruszyliśmy dalej, nie usiłując przeczekiwać. Wkrótce byliśmy całkiem przemoczeni i przestaliśmy zwracać uwagę na deszcz, chociaż nastrajał on raczej melancholijnie, zwłaszcza, gdy po około 40 km skręciliśmy w boczną drogę do Aglony - szeroką, wyrównaną, ale bez asfaltu. Piach nawierzchni był na szczęście ubity i kałuż niewiele, ale przy pagórkowatym terenie i dobijającym deszczu jechało się ciężko. Jednak w Aglonie czekała nas miła niespodzianka: okazało się, że nie tylko będziemy tam mieć nocleg, ale jeszcze będzie to nocleg pod dachem - w mało używanej części zabudowań klasztoru.
W niedzielę rano też trochę nas opadało, ale potem wyszło słoneczko i zrobiło się bardzo przyjemnie. Chyba dlatego długo zbieraliśmy się po obiadowym postoju nad jeziorkiem i ruszyliśmy dopiero około 18.00, a w planie mieliśmy jeszcze łady kawałek drogi. Mimo "obiektywnych trudności" w postaci nie najlepszej nawierzchni i znów czasem padającego deszczu, udało się go nam jednak zrealizować, chociaż rozbijaliśmy się po ciemku, a to też pewnego rodzaju osiągnięcie przy tamtejszych prawie białych nocach, gdy po 23.00 zaczynało dopiero zmierzchać.
Narzekaliśmy sobie na te częste deszcze i Piotrek stwierdził, że brakuje jeszcze gradu. Pogoda widocznie wzięła sobie to zamówienie do serca. W poniedziałek trochę popadywało, więc zatrzymując się na drugie śniadanie, wybraliśmy sobie stolik pod wielkim parasolem koło wiejskiego sklepu. Gdy robiliśmy kanapki, zachmurzyło się bardzo, a po chwili zaczął walić grad wielkości grochu. Wiało przy tym strasznie i baliśmy się, że parasol - słaba, ale zawsze jakaś ochrona przed żywiołem - lada chwila odfrunie. Na szczęście dotrwał jednak do końca gradobicia.
W poniedziałek był 23 czerwca, czyli na Łotwie święto Ligo - taka nasza Sobótka, ale bardzo hucznie tam obchodzona. Bardzo wielu mijanych ludzi przyozdobionych było wiankami z liści dębu i ziół, udekorowano tak domy i samochody. W Balvi, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg, poszliśmy na festyn Ligo. Występowali ludzie w strojach ludowych, zapalono ogromne ognisko i rozpoczęły się tańce, ale niestety do muzyki raczej dansingowej.
We wtorek przez miejscowości o tak wdzięcznych nazwach jak Kurna czy Guldupe, zmierzaliśmy dalej na północ, by przed wieczorem przekroczyć granicę i znaleźć się w Estonii. Dla uczczenia tego faktu na noclegu ugotowaliśmy glucika.
W Estonii pogoda była super - świeciło słoneczko, przyjemnie chłodził lekki wietrzyk i nie było za gorąco. Znajdowaliśmy się w rejonie najwyższych "gór" Estonii - max trochę powyżej 300 m n.p.m. - i teren był mocno pofałdowany w taki miły sposób, że zjazd pozwalał na tyle się rozpędzić, by bez wysiłku podjechać na następną górkę. Za obszarami "górskimi" teren się wygładzał, a potem stawał nieco bagienny w okolicach jeziora Peipus, nad którego częścią zwaną Jeziorem Ciepłym rozbiliśmy się na noc.
W czwartek z Raigli, żeby się nie wracać, optymalizowaliśmy drogę na północny zachód takimi dwukoleinowymi gruntówkami. Pierwsza, wzdłuż jeziora po kilkuset metrach okazała się dawno nieużywana, zarośnięta pokrzywami, wysoką trawą i różnymi chaszczami, więc przez około 2 km raczej prowadziliśmy rowery niż jechaliśmy. W Mehikoormie zrobiliśmy sobie 2-godzinny postój na trawce nad jeziorem koło siedziby pograniczników (przez Peipus biegnie granica z Rosją). Wiał mocny chłodny wiatr, a woda długi kawałek od brzegu była płytka, więc nawet najbardziej chętna Agnieszka zrezygnowała z kąpieli, za to słoneczko miło przygrzewało i w osłoniętym od wiatru miejscu, z widokiem na jezioro było naprawdę super.
Dalej opuszczaliśmy już brzeg Peipusa, kierując się w stronę Tartu (Dorpata), do którego zawitaliśmy przed południem w piątek. Zostawiliśmy rowery na nadrzecznym bulwarze, wyznaczając przy nich dyżury i indywidualnie lub grupkami wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Zapewne wiele zabytków ma większą wartość historyczną, ale ja najbardziej zapamiętałam śmieszną przechyloną kamienicę (starówka znajduje się na bagnistym podłożu i budynek zaczął osiadać), która drzwi wstawione ma jednak (później) prosto, oraz fontannę całujących się studentów.
Z Tartu mieliśmy znowu etap kolejowy do Tapy, skąd dalej kierowaliśmy się na wybrzeże Bałtyku w rejonie parku narodowego Lahemaa. Na tej szerokości przy bezchmurnym niebie noce były już prawdziwie białe i całkowity zmrok właściwie nie zapadał. Nocowaliśmy nad brzegiem morza, gdzie znakomicie widać było, że gdy jeszcze nie zgasły ostatnie łuny zachodu, już na prawo od nich pojawiają się poranne zorze.
Rano w sobotę chętni mogli wybrać się na małą (8 km) wycieczkę bez bagaży na cypel Palganeem. Całością już natomiast pojechaliśmy do Parispea na najdalej wysunięty na północ przylądek Estonii. Potem opuszczaliśmy wybrzeże, żeby obejrzeć bagna wielkie Vim. Ułożono na nich 4-kilometrową drewnianą kładkę, po której można dojść do wieży widokowej. Widoki i z wieży, i podczas spaceru są po prostu niesamowite. Piotrek i obie Kasie po drodze bawili się sprawdzaniem nogą lub kijem grząskości gruntu, zwłaszcza, gdy zobaczyli, że czasem bąbelkuje wtedy metan. Oglądanie bagien skończyliśmy o 22.00 (dzień biały), a przed nami było jeszcze ponad 50 km, musieliśmy bowiem dojechać do Tallina, skąd rano dwie osoby miały autokar do Polski. Spać kładliśmy się dopiero o 3.00, ale za to w strefie ochronnej ujęcia wody dla miasta, gdzie wstęp był surowo wzbroniony.
Po tych sobotnich 115 kilometrach i nocnej jeździe, niedziela była bardzo ulgowa - zwiedzaliśmy sobie po prostu Tallin i dopiero na wieczór wyjechaliśmy kilka kilometrów za miasto, żeby się rozbić już w miejscu bez tak ostrego zakazu. Nie oddalaliśmy się bardziej, bo w poniedziałek do Tallina dojeżdżał "II turnus".
Dziewczyny przyjeżdżały dopiero około południa, więc czekając na nie zwiedziliśmy skansen wsi estońskiej. Zgodnie z potwierdzoną teorią, że każda nowa osoba to pół dnia niepogody, poniedziałek był niezbyt ładny. Na szczęście największy deszcz udało się nam przeczekać pod parasolami baru przy supermarkecie, gdzie do kanapek piliśmy szampana z okazji (dzień spóźnionych) imienin Piotrka. Być może ze względu na tę ponurą pogodę, szczególnie niesamowite, trochę jak z horroru wrażenie sprawiły na nas Paldiski - dawna radziecka baza rakietowa, takie ichnie Borne-Sulinowo. Po wyjeździe Armii Czerwonej straszą tam co krok półrozwalone budynki, opustoszałe bloki z powybijanymi szybami, jakieś niedokończone budowy, pomiędzy którymi toczy się jednak także normalne życie, stoją budynki normalnie użytkowane.
We wtorek opuszczaliśmy stały ląd i przeprawialiśmy się promem na Hiumę. Przedtem jeszcze zwiedziliśmy miasto Haapsalu, gdzie na zamku biskupim zrobiliśmy sobie kanapkowanie oraz obejrzeliśmy ponoć najdłuższy w Europie drewniany zadaszony dworzec kolejowy.
Stolicą Hiumy jest Kärdla, więc to do niej kierowaliśmy się w środę. Miasteczko nie ma zbyt wielu zabytków, ale zwiedziliśmy tam muzeum wyspy. Pokazywano tam trochę wyrobów miejscowej manufaktury szklanej, jakieś dokumenty itp. Jednak najciekawszy eksponat znaleźliśmy w ostatniej sali, na piętrze, poświęconej turystyce i rekreacji - rower z początku XX wieku o tarczy z przodu na 60 zębów (około 25 cm średnicy). Ciekawe, do jakiej prędkości można się było na nim rozpędzić.
Przed wieczorem przepłynęliśmy na drugą wyspę - Saaremę. W miejscu, gdzie rozbiliśmy się na nocleg, były tam niesamowite ilości okropnie tnących komarów. Po prostu nie dało się wytrzymać w jednym miejscu. Nadaktywność owadów dosyć szybko się wyjaśniła. Ledwie zdążyliśmy rozstawić namioty, gdy lunął deszcz.
W czwartek oglądaliśmy Saaremę, szczególnie dużo czasu poświęcając na miasto Kuresaare. Jego najciekawszym obiektem jest XIII-wieczny zamek, zbudowany na planie kwadratu, z dziedzińcem z krużgankami pośrodku, wysoki na 3 piętra, z jeszcze wyższą 6-piętrową wieżą. W odróżnieniu od większości tego typu obiektów nie ma w nim wyznaczonego kierunku zwiedzania, otwartych jest masę przejść i korytarzy i można się tam po prostu zgubić. W dodatku zgromadzono bardzo różne ekspozycje: w jednej sali stare zdjęcia i przedmioty z historii wyspy, obok nowoczesne malarstwo, za chwilę etapy budowy łodzi i narzędzi szkutnicze, a z kolejnych drzwi wychodziło się na olbrzymiego wypchanego łosia. W sumie czuliśmy się tam jak w Hoghwarcie, nie wiedząc, co jeszcze ujrzymy w następnej sali i nie mając pewności, czy wracając tymi samymi drzwiami, zobaczymy jeszcze to co przed chwilą, czy też może schody i drzwi jakoś się poprzesuwały.
Saarema i Muhu są połączone groblą, więc chociaż nie przepływaliśmy nic, noc spędziliśmy już na innej wyspie. Ją opuściliśmy już jednak w piątek tradycyjnie promem.
Jak to bywa pod koniec wyjazdu, zaczynaliśmy się śpieszyć, żeby zdążyć zrealizować wszystkie plany, więc w piątek jak na złość najpierw spóźniliśmy się na prom i musieliśmy czekać godzinę, a potem mieliśmy serię gum i innych awarii. Mimo wszystko udało się nam jednak, jak chcieliśmy, dojechać do Parnawy. Wypiliśmy tam herbatkę w bardzo fajnej knajpce w dawnej stacji pocztowej i urządzonej w takim klimacie carskiej Rosji z początku XX wieku, a potem rozbiliśmy się wśród trzcin na ścieżce na miejską plażę.
Rano w sobotę w Parnawie żegnaliśmy Kasię, która już wracała do domu, a my rowerkowaliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do granicy i dopiero tam w Ainazi wsiadaliśmy w autokar do Rygi. Tam rowerowo objechaliśmy starówkę, trochę posłuchaliśmy koncertu na placu pod katedrą i rozbiliśmy się na wyspie z wieżą telewizyjną.
Na prawdziwe zwiedzanie Rygi mieliśmy całą niedzielę. Oprócz zabytków mogliśmy też podziwiać ogromną paradę na zakończenie festiwalu folklorystycznego. Brało w niej udział 30 tys. osób, po kilka z każdej dosłownie gminy kraju, które ubrane w stroje ludowe swojego regionu przechodziły ulicami miasta, śpiewając, grając na różnych instrumentach, wznosząc okrzyki.
O 18.00 mieliśmy już autokar do Warszawy i nasza wyprawa kończyła się. Na jej uroczyste zakończenie poszliśmy do bardzo eleganckiej restauracji czosnkowej na czosnkowe ... lody. Chociaż takie zestawienie wydaje się dosyć dziwne, to lody smakują naprawdę świetnie, podane z listkiem mięty, w żurawinie lub sosie miodowym. Coś wspaniałego, jak i cała Longinada.
Anna Tryniszewska